niedziela, 2 listopada 2014

Ulubiony dzień w roku

Od wielu lat, 1 listopada jest moim ulubionym dniem w roku. Nie moje urodziny czy inne święta. 1 listopada. Gdy tylko wstałam, dużo wcześniej niż w normalny dzień, podeszłam do okna sprawdzając czy jest mgła. Bo pierwszy listopadowy poranek musi być mglisty. I był. Nie za mocno, ale był. Siedząc już w samochodzie patrzyłam na pola otulone mgłą. Pola, po których biegały sarny. Z radia spokojnie wydobywały się dźwięki pewnej piosenki. But I still haven't found what I'm looking for - słowa, które w tym momencie wydały się idealne, które pochodziły jakby prosto z mojego serca.

Ostatni post, pisany pod wpływem emocji, podczas nieprzespanej nocy, przyniósł pewną ulgę. I nagle okazało się, że jest dobrze. Nic strasznego się nie stało. Serce nie krwawi tak bardzo. Myśli, które odrzucałam, że przecież i tak by nic z tego nie było. I tak by nie wyszło. Pewne rzeczy muszę znaleźć najpierw w sobie. A od jakiegoś czasu, uporczywie szukam tego w innych i potem kończy się "złamanym serduszkiem". Muszę przestać szukać opiekuna i sama się sobą zaopiekować. I właśnie wtedy, patrząc na mgłę i sarny, słuchając melodii i słów płynących z radia, pomyślałam, że jestem już blisko tego. Chociaż może nie blisko, ale na pewno coraz bliżej. Paradoksalnie trochę dzięki temu o czym ostatnio pisałam.

Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, mamie przypomniało się, że jednak czegoś zapomniała. A że nie byłyśmy tak daleko od domu, postanowiłyśmy zawrócić. I wtedy mama powiedziała: niedobrze wracać z drogi. Ochrzaniłam ją, że ma sobie nic nie wkręcać, jakieś głupie przesądy i w ogóle. Ale moje myśli już podążyły w dziwnym kierunku. Bo przecież taki dzień, duży ruch, niektórzy jeżdżą jak kretyni i samochód, który nie jest tak do końca sprawny... A co jeśli jeszcze przed chwilą było mi tak dobrze od samego patrzenia na zamglone pola, czułam spokój, właśnie dlatego, że ma się coś stać? Starałam się odgonić czarne myśli. Zajechałyśmy pod dom, mama szybko wyskoczyła po zapomnianą rzecz, wróciła i powiedziała: tata też powiedział, że mogłyśmy nie wracać, bo to niedobrze. Wtedy już nie mogłam powstrzymać tego, co działo się w mojej głowie.

Gdy dojechałyśmy na miejsce i wysiadłam z samochodu, poczułam miłe ciepło na twarzy. Mimo, że przecież czekała nas droga powrotna to już zapomniałam o tych dziwnych przesądach. Była tak cudowna pogoda. Na wielu drzewach było jeszcze sporo kolorowych liści. Po odwiedzeniu dwóch cmentarzy, pojechałyśmy do rodziny, a potem znowu na cmentarz. Wkurzałam się na myśl o staniu tam, na mszy i słuchaniu księdza. Bo zawsze wkurzają mnie kazania. Ba, wkurzają nawet moją mamę. Tym razem jakoś całą mszę po prostu przegadałyśmy. Patrzyłam na grób babci i myślałam jak zawsze sobie z nią "rozmawiam". Właśnie odwiedzając ją na cmentarzu, bo tak to czasem zapominam, że mogę. Rozmawiałam z nią o facetach, o mojej przyszłości i o tym, że pewnie nie byłaby ze mnie dumna... Oczy mi się zaszkliły. Okazało się, że jednak trochę boli. Boli to, co niby tak bardzo nie zraniło.
Droga powrotna wcale do najlepszych nie należała, ale radio znów umiliło czas. Zaskoczenie, gdy po zmianie stacji usłyszałam znajomą melodię - Ben Howard. Po chwili się wkurzyłam, że kolejna piosenka, którą lubię będzie nakurwiana non stop przez radio i wszyscy zaczną się jarać aż zbrzydnie. Prawdziwe zaskoczenie, gdy znów włączyłam zetkę (czaicie, zetkę) usłyszałam Nirvanę! Tak, kurwa, moja Nirvanka w zetce! Wtf?! Słyszeliście kiedyś Nirvane w zetce?
Kilka kilometrów przed domem zrobiłyśmy przystanek, by odwiedzić jeszcze jeden cmentarz. Już był wieczór i zapalone znicze wyglądały naprawdę magicznie. Zapaliłyśmy kilka zniczy. Został jeszcze jeden, dla mojej koleżanki, która zmarła w tamtym roku. Moim oczom ukazał wielki pomnik. No tak, rok temu jeszcze go nie było. Ogromny anioł siedział jakby otulając nagrobek, na którym było jej zdjęcie. Mama zobaczyła jakiś napis, a że było ciemno nie mogła doczytać, więc przeczytałam na głos. To był tekst w stylu "tak bardzo żyć chciałam, bóg tak chciał, bla bla bla". Ale przy ostatnich słowach mój głos się złamał. Postawiłam znicz. Spojrzałam jeszcze raz na tego anioła i na jej zdjęcie. W moich oczach pojawiły się łzy. Nie tylko w moich zresztą, bo mama rzuciła: lepiej chodźmy. Dodałam tylko, że ten anioł i to zdjęcie... A mamie też zadrżał głos i obie zamilkłyśmy.

Chciałam się tym podzielić z osobami, które miałam zobaczyć wieczorem. Zwłaszcza, że jedna z nich to kuzynka tamtej koleżanki. Skończyło się na fochu i wkurwieniu. Z resztą się widziałam, ale i tak jakoś nie było okazji do mówienia o takich rzeczach. Ani o tym, że gdy postanowiłam zobaczyć co się dzieję u jednego z panów, którzy mnie olali (pamiętamy, jestem masochistką), okazało się, że kogoś ma. Cudowni panowie, którzy mówią, że jednak teraz nie szukają niczego poważnego, a po jakimś czasie znajdują wielką miłość... Jak w takich momentach mam nie wierzyć, że to ze mną jest coś nie tak? Myślałam, że będę mogła się trochę pożalić przy piwku. Nie, nic z tych rzeczy. Musiałam udawać, że nie widzę jak obok rozgrywa się scena prawie jak z pornola... No dobra, nie było tak źle, ale jakby te osoby zostały same to pewnie tak by się skończyło.

Dzisiaj miał być dzień spokoju. Odpoczynku. Dzień dla mnie i moich myśli. A jednak znów muszę dzielić pokój, znów będę słuchała o tym jak było wczoraj i obożecojazrobiłam. A dzisiaj chce mi się płakać, bo znów czuję się cholernie samotna. Bo wczoraj chciałam pogadać, a moje sprawy zostały zbagatelizowane. Bo się okazało, że jeszcze kogoś innego może "wkurwiać" moja "pewność siebie" (wtf). Więc znów, kolejny raz, zamknę się trochę w sobie.
A teraz, przyklejam uśmiech na twarz i będę kochaną kuzynką, która wspiera w chujowych momentach.

czwartek, 23 października 2014

No love allowed

To wszystko było do przewidzenia. Cudowny dzień bez powodu mógł być ostrzeżeniem. Och, było o wiele więcej sygnałów. I ten sen, który wyraźnie oznaczał coś niedobrego. Zamykałam oczy na złe znaki i kurczowo trzymałam się nadziei. Widzisz, okazało się, że jednak to ja byłam bardziej ślepa. I nigdy nie chciałam żebyś miał do siebie pretensje, żebyś czuł się winny, mimo że przecież jesteś... Ile razy mówiłam, że czasem jednak lepiej nie czuć? Czekam na zimę, aby zamroziła serce, z którego teraz wydobywa się gorąca lawa krwi. Otwarta rana, na którą spada sól moich łez. Zamrożone serce zamknę w klatce, a klucz wyrzucę w otchłań. Nie będzie drugich tak ciepłych dłoni, by mogły je ogrzać. Nie zadziała już klej, o którym śpiewał Kurt. To już nie jest drobne pęknięcie, choć patrząc na całą sytuację może właśnie powinno? Może to dziwne, że zabolało tak bardzo... Bo przecież... Cóż. To cena za moją naiwność i twoje nieprzemyślane słowa. I przepraszam, ale byłeś egoistą. Mówiłam, że tak może być, że pewnych rzeczy nie powinieneś robić czy mówić. I niby wiedziałeś, ale i tak...
Wyłączę emocje. Znów zapomnę, że miałam się szanować i zatracę się w poniżającym seksie, o ile będzie taka możliwość. Będę połykała łzy, gdy ktoś zapyta... Udam, że to nigdy nie było tak ważne i utnę temat. A ludzie będą patrzeć na mnie z litością. Znowu.
I nie piszę tego specjalnie, na złość. Gdzieś musiałam, rozumiesz... I pewnie dalej będę się zachwycać kolorowymi liśćmi, zachodami słońca, pierwszym cudownym śniegiem. Nie umrę do końca, więc nie miej wyrzutów sumienia. Po prostu zamknę się trochę. Nie wpuszczę już nikogo tak bardzo. Bo nie warto. Bo nie chcę. Bo już nie poznam nikogo takiego jak ty. Jesteś wyjątkowy, dla mnie jesteś. I będziesz.


Może po prostu głupio wyszło, nie wiem. Czekam na zimę. Wpuszczę chłód. Otulę się swoją samotnością. Bo nie chcę nikogo innego, przepraszam. Wiedziałam, że kiedyś wszystkie te piosenki będą sprawiać ból. A na tą zwróciłam uwagę przez tytuł, co nie jest dziwne. I teraz pasuje, prawda?

"Powiedziała mi: Tak bardzo się boję... 
Zapytałem: Czego? A ona: Bo jestem tak bardzo szczęśliwa. Takie szczęście jest aż przerażające. Zapytałem ją, dlaczego tak uważa. Odpowiedziała: Bo takie szczęście przytrafia się tylko wtedy, gdy zaraz ma się coś utracić."

poniedziałek, 20 października 2014

What a beautiful life!

Zamykając oczy wystawiłam twarz w stronę słońca, które świeciło prosto na mnie przez autobusową szybę. Uśmiechnęłam się do siebie, do swoich myśli, do słońca czy może do życia po prostu. Jestem szczęśliwa. Wait... Jak to? Tak po prostu? Cóż, tak po prostu. Szukałam różnych przyczyn tego stanu. Pierwsze co mi przyszło na myśl to ta cudowna pogoda. Ewentualnie fakt, że wracam szybciej do domu. Skończyło się na teorii, że się naćpałam farbami... Stuknij ty się w łeb! Och, no cóż... Może przez chwilę faktycznie jestem szczęśliwa? A pewnie, że jestem i nie muszę szukać powodu! I uśmiechnęłam się jeszcze bardziej. Śmiałam się do kolorowych liści na drzewach i dziękowałam, że mogę na nie patrzeć, że mogę podziwiać ich barwy w tym pięknym słońcu, że dają mi radość. Śmiałam się do słońca, że denerwująco świeci prosto w oczy, bo usiadłam po złej stronie autobusu; że grzeje moją twarz, chociaż zgrzałam się pędząc na autobus. Śmiałam się do muzyki w słuchawkach. I do telefonu. Śmiałam się do wszystkich pasażerów, chociaż nikt tego nie widział. Śmiałam się do błękitnego nieba i białych kłębków na nim. Tak chciałam wyjść z autobusu, wybiec nawet, zacząć tańczyć na środku drogi i w końcu znaleźć fajną kupę liści i się w nich wytarzać! Wariatka! Z czego tak się cieszysz?
Z życia.
Może troszkę wyżyłam się "artystycznie"? Przecież zawsze lubiłam rysować. Małe przyjemności. Wyjście z zimnej sali na słońce - czułam się jak kocur, który wystawia brzuch żeby się ogrzać. Już mi nawet nie przeszkadzały te dziwne fajkowe rozkminy i zwierzenia po 5 minutach rozmowy. Cóż, z tymi dziewczynami widzę się raz na jakiś czas. Nie muszę się z nimi zaprzyjaźniać. A czy potrafiłabym nawiązać bliższą relację z kimś, kto wstawia zdjęcia róż na facebooka z podpisem w stylu "mam najlepszego chłopaka na świecie"? Ojej, no dobra, fajne, że dostała kwiaty, to przecież miłe, zwłaszcza że "nic nie przeskrobał" (wtf, więc tylko wtedy może być miły?), ale po co zaraz focia na fejsika? Ok, dobra, przyznaję, może włączył mi się tryb zimnej suki, ale ja takie rzeczy robiłam jak miałam 17 lat. I to nie tak żałośnie... Ech, dziewczyny, dziewczyny, nie zakolegujemy się. Ja z tych, co odmawiają przyjęcia badyli. Ups. I nawet nie pochwaliłam się tym na facebooku! Przegrałam życie. Ha! Oczywiście, że przegrałam, przecież nie mam faceta, dla którego wstałabym o 6 żeby zrobić mu kanapki do pracy (no kurde, niedoczekanie). Nie mam faceta, za którym bym tęskniła, bo wyjeżdża do Belgii. Nie mam faceta, który zabierze mnie na Gibraltar (no dobra, ta dziewczyna akurat jest spoko). Co jakiś czas słyszę "a mój to, a mój sramto", słucham, uśmiechnę się, no bo co... Powiem, że "mój" nie ma pojęcia o moim istnieniu? (Braaaandoooon, znajdź mnie!) Może oceniam je zbyt pochopnie... Znaczy... Wydają się naprawdę sympatyczne, ale tylko na chwilę. Żadne przyjaźnie. Na pewno nie z mojej strony. No nie dogadamy się i tyle. Już widzę tych ich facetów odzianych albo w dresy albo w różowe koszulki. Nie, że to coś złego, ale podejrzewam, że jakbym zaczęła opisywać swojego idealnego faceta to patrzyłyby na mnie jak na czubka. A zdjęcie cudnego Brandona nie zrobiłoby na nich wrażenia (czy to w ogóle możliwe?). I nie to, że się przejmuję. Na pewno nie dzisiaj. Nie zobaczę ich przez cały miesiąc! Mogę wrócić do swojego uśmiechniętego ryjka.
I moje dwie kochane wariatki sprawiły, że prawie się posikałam ze śmiechu. Nie ma to jak schować się między siedzeniami w aucie! Fajny dzień. Idealny na piwo w plenerze i robienie zdjęć z durnymi minami. Idealny na śpiewanie do ćwiartki (alkusy!) jabłka... po portugalsku. Dzień, w którym ludzie patrzą na ciebie jak na debila, bo się uśmiechasz, a nawet śmiejesz na głos bez powodu. Dzień, w którym jedzenie jabłka jest największą przyjemnością na świecie. I nawet czekolada przestała przy tym jabłku smakować. Dzień, w którym mama patrzy na mnie z litością i może z przerażeniem, że takie coś wyszło z jej łona. Przykro mi, mamo. Po kimś to odziedziczyłam. Zresztą, mamie też się trochę udzieliło.
Cudny dzień.

poniedziałek, 13 października 2014

Oddajcie moje sny

Znów musiałam długo czekać na sen, a może po prostu na zaśnięcie, bo żadnych snów nie pamiętam. Ostatnio pamiętam tylko urywki. Potrafię powiedzieć kto mi się śnił, ale co się działo - już nie. Brakuje mi moich snów, tych dziwnych, pokręconych snów, z których wszyscy się śmieją. Często mówię, że spanie wygrywa ze wszystkim - z jedzeniem, a czasem nawet z seksem. Uwielbiam spać. Uwielbiam śnić. Uwielbiam moje sny, te śmieszne, te erotyczne, te całkiem pokręcone, te cholernie realistyczne, te straszne też.
Moje śmieszne sny, w których strusie jeżdżą na rowerze, a walka na szable w środku lasu to nic nadzwyczajnego. Właśnie, las. Często śni mi się las, wchodzenie/wychodzenie z lasu. Skraj lasu. Poczucie ulgi, gdy z niego wychodzę i słońce oświetla moją twarz. Ogromne drzewa już nie przysłaniają pięknego nieba. Las się kończy w równej linii. A dalej tylko przestrzeń. I trawa. Zielona trawa, dokładnie taka sama, która będzie łaskotać moje bose stopy podczas mojego ślubu. Bo będzie. Już wiem, że to musi być trawa, nie piasek.
Moje erotyczne sny z mężczyznami, kobietami. Sny, w których nagle okazuje się, że mam penisa i jest to całkiem przyjemne. Sny, które bywają tak realistyczne, że czuć zapach spermy lub słonawy smak joni. Niektóre kończą się orgazmem.
Moje sny, które sprawiają, że się uśmiecham. Lub płaczę, bo czuję tak mocno. Wszystkie emocje są takie prawdziwe. Niektóre senne szepty sprawiają, że otwieram oczy, bo myślę, że ktoś koło mnie jest. Czasami czuję, tak bardzo czuję dotyk, czyjąś obecność. Tak jak ostatnio. Chyba ostatni sen jaki pamiętam... Przeważnie w snach widzi się siebie z boku, jednocześnie dalej będąc sobą. Teraz było inaczej. Spałam na boku - w śnie także spałam na lewym boku. Czułam, że ktoś śpi obok. Leżeliśmy stykając się plecami. Jednocześnie ubrani i rozebrani. Czułam ciepło skóry, ale miałam świadomość, że jednak mam coś na sobie. I spokój. Po prostu spokój i ciepło drugiego ciała. Miałam wrażenie, że nasze ciała napierają na siebie coraz bardziej, chociaż nic takiego się nie działo. Czułam jak uwiera mnie jego kość ogonowa. Chciałam się obrócić i mimo, że przecież leżeliśmy do siebie plecami, wiedziałam, że jak to zrobię - zobaczę jego twarz. I już nie w śnie, przewróciłam się na drugi bok jednocześnie się budząc. Jakbym nie mogła zobaczyć tej twarzy, jakby to coś zepsuło. Ponoć w snach pojawiają się twarze, które już kiedyś widzieliśmy. Ci wszyscy ludzie, których mijamy na ulicy, wszystkie twarze z gazet i tv. Ciekawe czy tak samo jest z muzyką i słowami, bo czasami mój mózg na bieżąco wymyśla piosenki. Oczywiście ich później nie pamiętam, więc nie wiem czy to była znana mi melodia i przypadkowy zlepek słów.
Znów nie mogłam zasnąć i tym razem nic nie pomogło. Chcę śnić i pamiętać swoje pokręcone sny.

środa, 17 września 2014

...zawsze tak blisko

Lęk wkradł mi się do serca. Cudowna jesień jest zapowiedzią samotnych wieczorów. Oczywiście lubię te chwile pod kocem, z książką i herbatą. Tylko zawsze towarzyszą temu wszystkie domowe dźwięki i zapachy, chrapiący kot, znajomy widok za oknem i znajome nocne cienie. Ta jesień ma przynieść obce, zimne ściany, przerażające noce, obce cienie i widoki, wszechogarniającą samotność, zamykanie się w sobie na cztery spusty, kurczenie do granic możliwości. I chowanie się za muzyką, żeby uciszyć zlęknione serce. Serce, do którego powoli, od czasu do czasu, wlewa się kilka kropel jadu. Złośliwy wąż składa na nim czuły pocałunek, po czym delikatnie wbija swe zębiska. Oblizuje się i odchodzi. Czuję jak trucizna rozchodzi się po moim ciele. Łzy napływają do oczu. Głęboki wdech, "będzie dobrze", wydech. Połykam resztę łez. Wdech, wydech. Ocieram oczy. Sprawdzam w lustrze czy widać, że właśnie znów trochę umarłam. Twarz ta sama, ale jakby obca, patrzy z litością na mnie, wykrzywia usta w uśmiechu - oczy pozostają smutne. I tak nikt nie zobaczy różnicy. Cofam się w czasie o 10 lat. Nie tak jak wtedy, przy tamtej piosence, nie tak dosadnie, nie tak boleśnie. Robię dokładnie to, co wtedy. Nakrywam się kocem, zaciskam oczy i zatapiam się w muzyce. Coraz częściej myślę, że chyba znałam to wcześniej. To może być jedna z piosenek, która była tłem dla jego kłamstw i mojej naiwnej wiary w nie. To może być jedna z piosenek, której nie mogłam słuchać, bo brało mnie na wymioty. Ten zespół pojawił się na pewno. Nienawidziłam, gdy wypowiadał tę nazwę. Jak i wiele innych. Wiele melodii, od których chciało się rzygać. Pojebane teksty, którymi się fascynował. I ja, podatna na manipulacje, z wielkimi z przerażenia oczami.
Wdech. Wydech. Teraz zatapiam się w tej piosence, której przecież mogło tam nawet nie być. Chowam się pod kocem muzyki. Udaję, że nie widzę pierwszych żółtych liści za oknem. A jesień stuka w szybę jakby chciała powiedzieć "już czas". Gdzieś w cieniach liści kryje się dawna przyjaciółka. Ignoruję ją, znudzi się w końcu i odejdzie. Zagryzam wargi, czekając na wyrok. Wiem, że utonę. Przecież nie potrafię pływać. Może moje ciało będzie bezwiednie dryfować, ale w dobry, bezpieczny sposób. A może będę rozpaczliwie uderzać dłońmi o tafle wody, krztusząc się nią coraz bardziej. Nie wiem czy chcę się topić, gdy może nie być nawet brzytwy, której można się chwycić.

piątek, 12 września 2014

Kocie opowieści (rozdział II)

Przygody Red zaczęły się znacznie wcześniej niż można by się tego spodziewać. Chyba nawet wcześniej niż ona sama mogłaby pamiętać. Chociaż kto tam wie, jak daleko sięga kocia pamięć... Dlatego muszę, ku zdziwieniu wszystkich, zacząć od początku. A to może trochę potrwać, bo wiecie... Jestem przekonana, że moja kotka wykorzystała już prawie cały limit swoich kocich żyć. Jak na zwierzę domowe to całkiem imponujące, nie sądzicie? Musicie poznać prawdę, aby zrozumieć czemu żywot Red toczy się głównie w domu, skąd się wzięła smycz i ucieczki przez okno... A to znaczy, że musimy się cofnąć o parę lat, abyście mogli poznać matkę Red. Co to był za kot! Matka Red mieszkała na dworze, dom odwiedzała tylko czasem. A pojawiła się u nas wiele lat temu. Została dosłownie wciśnięta w moje dziecięce ręce. I jak już ją przyniosłam, jak zobaczyli moje podrapane rączki, nie było siły – musiała zostać. Ciężko było ją oswoić, ale w końcu się udało. A jak już się udało, to chodziła przy nodze jak pies. Matką była opiekuńczą. Potrafiła przygarnąć obce kociaki żeby je wykarmić. Trochę tych swoich dzieci miała. A że była śliczną kotką to i małe były ładne, więc... Cóż, rozchodziły się jak świeże bułeczki. Tak samo miało być z miotem Red. Urodziły się cztery kociaki - dwa identyczne czarno-białe i takie moje dwie szaro-bure Red. Czarno-białe szybko znalazły nowe domy, a nasze bliźniaczki bawiły się po mieszkaniu z kokardkami na szyi, aby je rozróżnić. Kociaki jak to kociaki, czasami coś zbroją, czasami zapomną, że siku robi się do kuwety, a nie do kapcia Pana... I tak moja Red została połamana. Nie, to nie ona nasikała, tylko jej siostra, a że były identyczne, kopniak od Straszliwego Pana przypał Red. Jej bliźniaczka również znalazła nowy dom, a ten połamaniec siłą rzeczy został z nami. Biedactwo nawet podrapać się nie mogło! Nie było mowy o oddaniu czy wypuszczeniu jej na dwór. Padły prorocze słowa, że jak wydobrzeje to się ją zacznie uczyć wychodzenia. Matka Red była w tym akurat bardzo pomocna, bo jak szła z kociakami to wszystkie szły gęsiego, jeden za drugim, równiutko, nie było, że któryś wolniej, któryś szybciej. U Matki Red porządek musiał być. Zanim Red wydobrzała, nadeszła zima. Kto wyrzuci małego jeszcze kota na mróz? No dobrze, ale na wiosnę to już na pewno. Tylko ciągle coś stało na przeszkodzie... Któregoś razu, ciekawska Red postanowiła zobaczyć jak to jest na dworze. Oczywiście najlepszym wyjściem okazało się uchylone okno, w którym się zawiesiła... I znowu połamała. Została więc w domu. Kolejne chyba było zapalenie płuc, bo siedziała zimą przy otwartym oknie. W międzyczasie jednak należało jej się trochę świeżego powietrza i tych podwórkowych przygód. Takim cudem do domu zawitała najlepsza przyjaciółka Red, czyli smycz. Pechowa panienka szybko załapała o co chodzi ze smyczą i z czym wiążą się spacery. Wiecie z czym? Tak, dokładnie. Ze świeżą, zieloną trawką! Jaki kot mógłby się temu oprzeć? Na pewno nie Red...

piątek, 5 września 2014

Zaopiekuj się mną...

Czuję się jak wariatka. Bo kto to widział, aby w dzisiejszych czasach przejmować się losem obcej osoby? I to jakiejś gówniary, która ma jeszcze pstro w głowie i pewnie "robi sobie jaja". Serio, tylko mnie niepokoi to, że jakaś 15 latka chce się sprzedawać, chce być czyjąś szmatą? Czy tylko ja widzę w tym jakąś rozpaczliwą prośbę o czułość, uwagę, troskę? Najłatwiej powiedzieć "olej ją". Poświęcenie kilku minut na rozmowę to przecież nie jest jakiś wyczyn, więc czemu nie miałabym jej dać chociaż tego. Bo mimo, że szło jakoś opornie to jednak ciągle odpisywała. Może tylko udawała, że ma to gdzieś? Może moje słowa sprawiły, że sobie coś przemyśli. Albo zobaczy w sobie coś więcej niż ciało, którego można pożądać, którym można zarabiać. Przerażające było jej zdziwienie, że to, co próbuje zrobić jest nielegalne i niebezpieczne. Być może jej koleżanki też to robią. A w internecie na każdym kroku można się natknąć na podobne ogłoszenie. Skoro wszyscy to robią to jakim cudem jest to nielegalne, prawda? Cały czas mówiła, że potrzebuje kasy. Smutne, że wybrała właśnie taki sposób zdobycia jej.
Trochę poświęconego czasu. Kilka pytań. W końcu napisała, że trochę mi zaufała. Zrobiłam wielkie oczy. No bo... jak to, zaufała? Poczułam, że teraz tym bardziej powinnam mówić jakieś mądre rzeczy, pomóc jej w jakiś sposób. Przecież nie dam jej miłości, której pewnie potrzebuje. Nie zaopiekuje się nią. Będę kolejną osobą, na której się zawiedzie? Nie powiem jej jak pokochać siebie, bo sama jeszcze się tego nie nauczyłam. Co mogę jej dać poza rozmową? A wiem, że może oczekiwać dużo więcej. Pamiętam jak się myśli mając te 15 lat. A może już więcej się nie odezwie? A ja... Ja chyba też tego nie zrobię. Może zwyczajnie stchórzyłam, może nie wiem co jeszcze mogłabym jej powiedzieć. Świata nikt nie zbawi, ale się okazuje, że nie jestem w stanie pomóc nawet jednej osobie. Może dlatego, że sama tego potrzebuje? Pomocy, troski, miłości. Muszę ogarnąć swoje własne życie, żeby móc pomóc komuś innemu. A może to tylko jej wiek sprawia, że czuje się jakaś zagubiona. Przecież byłam taka sama te 8 lat temu. No, może nie chciałam zaraz się sprzedawać, ale potrzebowałam czyjejś uwagi. Chyba niewiele się zmieniło w takim razie...