sobota, 17 października 2015

Miłość

Miłość. Coś, co zaczyna się od larwy, która zmienia się w motyla latającego w brzuchu. Coś, co budzi się do życia latami. Coś, co uderza nagle, od jednego spojrzenia w czyjeś oczy. Coś, co tego spojrzenia nawet nie potrzebuje. Coś, co nie zna dystansu, rasy, płci czy wieku. Miłość. Dziwne ciepło otulające serce. Nieprzespane noce. Przegadane godziny. Kłótnie. Zamartwianie się. Wszystkie niezjedzone posiłki. Latanie zamiast chodzenia.

Nie będę jadła. Kocham cię.
Nie będę piła. Kocham cię.

Kocham. Cichy głos dochodzi do świadomości. Zakrywa go strach. Kocham. Krzyczy pod osłoną uśmiechu. Kocham.

***
Mężczyzna, który chowa się do szafy miał rację. Może moją miłością nie należy się brzydzić. Tylko… trzeba się jej bać? Bo spala.

Kocham. Zawsze za bardzo, za mocno, zbyt egoistycznie, z poczuciem tylko swojej wolności, zbyt natarczywie, zbyt romantycznie, zbyt drastycznie, zbyt obojętnie, ze strachem i lekceważeniem, z oddawaniem życia, z wymiotami, wężami zazdrości, panicznie, paranoicznie, obsesyjnie, z dystansem, z sercem na dłoni.

***
Kocham. Wciąż. Za długo, zbyt boleśnie, niepotrzebnie, tak mocno że listopad na nowo rozerwie moje serce, ze strachem i chęcią by zapłakać nad pustym grobem, z jeszcze większą niechęcią do niektórych imion, z jeszcze większym uwielbieniem do innych, z dziurą w sercu, z sową na ramieniu, z polarnymi lisami zaglądającymi z balkonu bo nie chcę ich wpuścić, przez inny wymiar inny świat, przez łzy, zazdrość, wyrzuty sumienia, przez ból, wkurwa, niechęć i miłość do jednego koloru włosów, wpatrywaniem się w gwiazdy, wystawianiem twarzy do słońca, odgłosem kroków zapisanych na ziemi, melodią wielu piosenek, ciepłem którego nie zaznałam, głosem którego nie znam, poprzez śmierć, jesień, zimę, wiosnę, lato, do kolejnej jesieni i zimy, przez inną miłość która wyrosła na martwym ciele, alkoholem i papierosami do których wróciłam, w doszukiwaniu się symboli, w mniejszej i większej autodestrukcji, w (nie)radzeniu sobie, w strachu przed nowym, w niszczeniu wszystkiego co nie jest tym co miało być, niewypowiedzianymi pożegnaniami gdy (nie)mogło być o tyle więcej, znikaniem w odpowiednim czasie, szukaniem kogoś w kimś, w odrzucaniu wszystkich, niedawaniu szansy, skreślaniu na wstępie, bo nie ma miejsca, nie ma sił na nic innego co nie jest tym.

Kocham. Od pierwszego spojrzenia w oczy choć pewnie o wiele dłużej, od pierwszych piw, pierwszej nocy, ogrzewanych dłoni, przez wciąganie w swoje życia za bardzo, przez dzielone tajemnice, przekazywanie ich ciężaru, obietnice na mały paluszek, splecione korzenie, łzy, śmiech, złamane serca, wspólne obiady, spacery, słowa wypowiadane w tym samym czasie, ciepłem, jadem zazdrości który zatruwa serce, niepokojem, zbyt egoistycznie, siostrzanie przyjacielsko kobieco, każdym rodzajem miłości, pragnieniem, pożądaniem, do granic możliwości, bez rozsądku, z brakiem miejsca na inne i nowe, z dumnie uniesioną głową, z włosami opadającymi na twarz, ze wszystkim co pomiędzy, co razem i osobno, przeżytym wspólnie rokiem, z nadzieją na więcej, z planami i marzeniami, optymizmem i pesymizmem, z dywanikiem w stópki, wspólnym kacem, telepatią, nierozumieniem, odmiennością i podobieństwem, tym co ładne i brzydkie.

***
Miłość. Serce wypełnione miłością, a pomiędzy nią, szczeliny bolesnej samotności. Pragnienia, których nie zapełni cudza sperma i obce usta na mojej szyi. Rzeczy, których pragnę, a z których rezygnuję. Nie daję szansy, bo nie uniosę kolejnego ciężaru miłości. Spalam siebie i wszystkich dookoła. Ciężka i lekka od swoich uczuć. Wypełniona wszystkim do tego stopnia, że bez zastanowienia, odrzucam (zbyt) młodego gitarzystę, nie ofiarując mu jednego spojrzenia na pożegnanie. Komentując spojrzenie wpatrzonej w niego młodej dziewczyny. Całą uwagę skupiam na wyglądzie, bo łatwiej odrzucić kogoś, zanim się go pozna. Dlatego tak trudno było z Mężczyzną, który chowa się do szafy, choć wiem, że szukałam w nim zastępstwa, jak i on być może szukał go we mnie. Już nawet nie tęsknię. Mam wszystko, czego potrzebuję. I nie mam nic. Biegnę ubrana w pragnienia poznawania nowych ludzi i uciekam przed nimi. Może należy przetrwać jesień. Poczekać aż biały puch obsypie magią świat i zrobić w sercu trochę miejsca, choć na dłoni, jedno już na zawsze zajęte.


Gdy odejdziesz, nie przestanę.

niedziela, 11 października 2015

Mój prawdziwy dom

Piątkowy wschód słońca skutecznie odrywal mnie od książki. Nie mogłam napatrzec sie na rozowe chmury. Zastanawiałam sie czy towarzysze podróży, z którymi dziele tramwaj tez tak dogłębnie zachwycają sie tym widokiem. Mimo pięknego rozpoczęcia, mimo perspektywy weekendu, ten dzień nie był najlepszy. Na powiekach, pod oslona snu, miałam jeszcze resztki czwartkowych łez. Gdy znów przygniotly mnie emocje, wyrzuty sumienia, tesknota i samotność. W pracy z uśmiechem mówiłam, ze jadę do domu, chociaż wcale mi sie nie chciało. Przeczucie, cokolwiek, ale miałam ochotę zostać w Poznaniu. Jednak, skoro powiedziałam, ze będę, to będę.
Niekonczaca sie kolejka do kas i panika, że nie zdążę na pociąg. Ludzie, którzy spieszyli sie jak ja, a jednak przepuszczali innych.
-Przepraszam, bardzo sie spieszysz? Za ile masz pociąg?
-No za 10 minut.
-Ja za dwie, puscilabys mnie, bo nie zdążę?
-No dobrze...
-Dziękuję bardzo! Naprawdę, dzięki!
Biegiem na pociąg i jestem. W nagrodę cudowny zachód. Patrzyłam z uśmiechem na pomarańczowe niebo. Na chowajace sie za horyzontem słońce, ku któremu zmierzalam. Przywitalam i pożegnałam dzień.
Kilka uprzejmosci wymienionych w przedziale pociągu, którym wcześniej jechała ponoć sama pani Premier. Troska o obcą osobę - ma pani transport? Uśmiech na ustach, uśmiech w środku. W dłoni sciskam kasztana, którego nosze w kieszeni kurtki.  Kolejny uśmiech.
Uśmiech, który przysłoniły łzy jeszcze zanim dotarłam do domu. Rozczarowanie, male ukłucie w sercu, które towarzyszyły przez cały weekend. Trzeba było nie przyjeżdżać...

Patrzę na najbardziej znany mi obraz, na rodzinna miejscowość, wyjęta jak z książki. Dwa, sklepy, kościół, szkoła, mały zakład fryzjerski dwa kroki od mojego domu. Cztery bloki. Domy, podworka, piękne drzewa. Gdzieś dalej piękne konie. Boisko. Mały dworek. Wszystko wydało się obce. Nie moje. Już tu nie należę, pewnie nigdy nie nalezalam. Ja, wychowana na wsi, która od dziecka marzyła o mieście. Z dusza rozdarta na pól, bo kocha otwarte przestrzenie, otaczające wieś lasy, tysiące gwiazd, których nie przyslaniaja sztuczne światła, niebo, które nie chowa sie za wielkościa betonowych budynków. Z dusza rozdarta na pól, bo czuje wibracje tętnicego życiem miasta, jego radość, możlwosci.
Wchodze do jednego z bloków. Patrzę na brzydka klatkę schodowa, z której odpada farba olejna w najbrzydszym odcieniu zieleni, który wydaje sie być zbyt intensywny po miejskiej szarości. Pytam mamy czy zawsze taki był. Potwierdza. W drzwiach wita mnie mój spasiony kot, który nawet nie cieszy sie na mój widok, tylko domaga sie jedzenia. Wchodze do łazienki, a tam, jak miesiąc temu uderzają mnie delikatne wzorki płytek (czy tam kafelków, tylko W. zna różnicę). Nigdy nie zwracalam na to uwagi. Nawet gdy nie było mnie w domu przez 1,5 miesiąca. Moje zmysły sie wyostrzyly? Czy oczy przyzwycaily sie do większej łazienki z gladkimi plytkami? Mój pokój wygląda obco. Nie ma najważniejszych dla mnie rzeczy, choć na ścianach wiszą wspomnienia, choć na polkach zostało jeszcze wiele książek. Patrzę na nie remontowane od lat mieszkanie i widzę jak sypie sie w oczach. Ale to mój dom. Splątany w chaosie jak nasze życie rodzinne.
W środku nocy, laskotaniem w stope, budzi mnie brat. Parę dni temu wrócił na stale do Polski, po kilku latach spędzonych w obcym kraju. W kraju, w którym nic go nie trzyma, bo zostawiła go dziewczyna, wyrzucili go z pracy. Opowiada mi o tym wszystkim, gdy tak cholernie chce mi sie spać. Śmieje sie, ze robi jak w dzieciństwie. Zawsze, gdy nie mogl zasnąć, opowiadał mi różne historie po czym zasypiał, a ja leżałam rozbudzona. Myslalam jak bardzo sie roznimy.  Rodzina nic nie wie o moim życiu osobistym, on potrafi opowiedzieć wszystko. Nie maja pojęcia, ze nie tylko jego życie sie ostatnio zawalilo.  Nie wiedza nic. Zawalilo, ale na chwile. Chociaż miałam wizje, że będę musiała tu wrócić jak on. Na szczęście, nie muszę. Odetchnelam z ulga i poczułam, ze teraz już naprawdę będzie lepiej. Będzie dobrze.

Jestem. Czas odwiedzin. Ciotka, u której przywital mnie mały, przeslodki psiak.  Ledwo udało mi sie zrobić mu jakieś zdjęcie, bo ciągle biegal, skakał, gryzl moje włosy lub próbował polizać twarz. Ujarzmilam go na chwile glaskaniem po brzuszku. Mały Fuks.
-Fuks? Po tamtym?
-Tak. Po tamtym.
Ciotka miała już psa, który wabil sie Fuks. Rudy kundelek, przybłęda. Kochany psiak.  Wszyscy go uwielbiali.  A on najbardziej upodobal sobie niepelnosprawna córkę kuzynki.  Mała nie przepadala za zwierzakami, nie lubi dotyku ich sierści. Ale Fuks był wyjątkowy. Wiernie chodzil przy wozku, znosil przypadkowe kopniaki i zawsze opieral sie przednimi lapkami o kolana Małej. Aż w końcu przyzwyczaiła sie do dotyku jego sierści. Fuks lubi tez tańczyć, bo wiedział, ze to rozsmiesza Mała. A ta, niby nie rozumiejaca za dużo, zauważyła ze Fuks przychodzi, gdy ktoś klepie się w udo.  Zauważyła, że przychodzi do niej, gdy powtarza ten gest. Fuks zmienił wszystko, bo od tamtej pory Mała wola tak nawet ludzi, bo mówić nie potrafi. I chodź już, według prawa jest dorosła, wszyscy pamiętają, ze ten przełom nastal dzięki Fuksowi.
Odwiedzić tez musiałam malutkie kotki kuzynki, ale ta historia powinna chyba pojawić sie w Kocich Opowiesciach, których już dawno nie było.

Krótki spacer po okolicy. Szlam zmęczona, znudzona. Chciałabym już być w Poznaniu. Chce mi się do domu.
Tak. Teraz to w Poznaniu jest mój dom. Moja rodzina, z którą przezwycięża się problemy łatwiej niż z ta prawdziwa. Bo nikt nie robi tego z musu, bo wypada, bo wiezy krwi. Jesteśmy rodziną z wyboru, choć w dużej mierze z przypadku. Ale ten najważniejszy, wybór serca, nalezal do nas. I wybieramy codziennie. I ja wybieram. Bo, jak przypuszczałam, spojrzenie na wszystko z innej perspektywy mi pomoże. I widzę ludzi, z którymi w większości muszę żyć w zgodzie, którzy ranią i nie łagodzą zadanych ran, gdy o niczym nie mowie, bo zaraz wrócę do siebie, wiec nie warto. Po drugiej stronie widzę ludzi, z którymi chcę żyć, którzy ranią i których ja ranie, ale razem rozwiazujemy problemy i zamiast wpychać się w doly, wyciągamy sie z nich, mniej lub bardziej udolnie.
I nie mogę doczekać się poniedziałkowego wieczoru, gdy znów ich zobaczę. Gdy spojrzę w najpiękniejsze oczy kobiety o elastycznym sercu. Choć twierdzi, że nie są ładne, myślę że każdy kto w nie spojrzy przyzna mi racje. Bo do dziś pamiętam ich szarawy odcień, gdy blyszczac patrzyły na mnie przy pierwszym spotkaniu. Pamiętam głęboki blekit pewnego letniego poranka. Pamiętam rozszerzone zrenice, z których płynie miłość, gdy na mnie patrzy.
Nie mogę sie doczekać aż znów poczuje jej ciepło. Ciepło, które ogrzewalo mnie pierwszej nocy spedzonej razem. Ciepło, które nie jest tylko ciepłem fizycznym, ale takim, które płynie prosto z serca. Które przelewane jest na ciepło posiłków, którymi mnie karmi. 
Nie mogę sie doczekać powrotu do rodziny, do domu. Do ludzi, których kocham, choć ta miłość nieraz jest trudna i bolesna.

Pierwszy post pisany na telefonie, bo nie wzielam ze sobą laptopa. Także proszę o wybaczenie wszystkich błędów.

wtorek, 6 października 2015

Oto ja, krwawiąca rana cz.III

-Dla ciebie nie ma rzeczy niemożliwych, co? -zaśmiała się koleżanka z pracy, gdy pędziłam na tramwaj.
-Coś ty, i tak nie zdążę!
-A jednak. -powiedziała po chwili, gdy jakimś cudem zdążyłam.
-Chyba naprawdę nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych! -odpowiedziałam ze śmiechem, wsiadając do tramwaju.
A jakoś i tak w to nie wierzę. Nigdy nie wierzyłam, że jestem w stanie osiągnąć wszystko, co sobie wcześniej założę. Zawsze inni wierzyli we mnie bardziej niż ja sama. Ja, która na komplementy reaguję przesadną skromnością lub z głupim śmiechem rzuca przecież jestem zajebista! Zero wypośrodkowania. Zero. Ale jakimś cudem jestem tu i teraz, w Poznaniu. Jestem.

Jestem. I co?

***
Przetrwałam kolejną burzę. Nie może ciągle padać. Ale słońce jeszcze nie wyszło. Przynajmniej ja go nie czuję. Jestem wdzięczna, kocham, staram się. Ale nie mogę. Nie mogę dostrzec słońca. Widzę chmury zachodzące jedna na drugą. Szpilki wbijane w serce, wewnętrzne wymioty, torsje mózgu. Siedzę, śmieję się, płaczę. Milczę. Odpływam myślami na drugi brzeg. Płaczę po jednym filmie. Płaczę po drugim. Płaczę i nie mogę przestać i już nie wiem czemu płaczę. Płaczę dalej i nie wiem co się dzieję. Płaczę nad sobą. Płaczę, bo czuję ulgę. Płaczę, bo mam wyrzuty sumienia. Płaczę, bo wszystko poszło za daleko. Płaczę, bo mogło pójść jeszcze dalej. Torsje, torsje, torsje. Na samą myśl. Moje zniszczenia sięgają za daleko. Za głęboko w cudze życia i emocje. Przekreślenie grubą czerwoną linią. Mimo, że wyciągam rękę, nie jestem w stanie. Nawet nie chcę. Torsje. Łagodzę rozdarty z emocji mózg, dmuchając z bezpiecznej odległości. Nikt więcej nie musi się krzyżować. Ale dotykają inne rzeczy, a na te nic nie poradzę. Na te, nie chce być bandażem, plasterkiem w misie, który łatwo zdjąć. Nie chcę żeby ktoś był moim plasterkiem, bo po deszczu odpadniemy od siebie i polecimy z wiatrem rozczarowania w różne strony. Nie chcę. Już nie. I nad tym też płaczę. Że chciałam. Że niepotrzebnie. Że zepsułam. Że nie ma sensu. Że nigdy nie było. Torsje, wymioty. Torsje, wymioty. Kolejna fala rzygowin zalewa mi serce. Milion małych kawałków cudzych życiorysów przeplatających się ze sobą jak kolory moich rzygów. Srał to pies. I szczeniak też. 

***
Milczysz. To dobrze. Przykro mi z powodu twoich wyrzutów sumienia. Nie chce żebyś się obwiniał. Nie warto. Piszę. Milczysz. To dobrze. Nie warto dalej w to grać. Nie teraz, gdy stoisz nad przepaścią i zostałeś wepchnięty głębiej do szafy. Nie teraz, gdy dostałeś nadzieją w twarz. Nie teraz, gdy chcesz zniknąć z tego miasta. To dobrze. Wszystko dobrze. Nie będę czekać na balkonie. Zresztą, kiepska Julia ze mnie, nie sądzisz? Czekałabym jedynie po to, żeby w tobie zobaczyć kogoś innego. Ze wszystkich słów, które wtedy padły, naprawdę uważam, iż lepiej się stało, że nie spojrzeliśmy sobie w oczy. I lepiej będzie jak tak zostanie. Przykro mi, że masz wyrzuty sumienia. Łatwiej byłoby, gdybyś nadal mnie nienawidził. Zwłaszcza dla ciebie. Zwłaszcza teraz. Wejdź głębiej do szafy i zamilknij. Nie wracaj w to samo bagno. Jest zbyt szkodliwe. Ale... to już wiesz. Ucz się na cudzych błędach. Żegnaj, kolejny raz. Żegnaj, choć już tego nie przeczytasz.

***
Wszechświaty, które łączą się ze sobą w obrzydliwie piękny sposób. Może nie wszystko powinnam wiedzieć. Może nie o wszystkim powinnam mówić. I ja stoję nad przepaścią. Stoję na tyle blisko, że wystarczy mały krok, a spadnę. Diabeł na moim ramieniu, podpowiada, że na dole czeka materac z waty cukrowej i nic mi się nie stanie. Ba, mówi nawet, że jest mi to potrzebne. A ja mu wierzę. Zrobić krok w przepaść. Zwielokrotnić swoje błędy, aby mieć pewność, że po tym, już nigdy się nie powtórzą. Spojrzeć w oczy swojego Pana i kleknąć przed nim, wcale nie do modlitwy. Ponoć nie mam nic do stracenia. Godność? Zgubiłam już dawno. 
Udam, że zaleczę rany, bo nie wiem jak to zrobić. A po czasie wszystko wróci. Anioł na drugim ramieniu nie ma szans. Brak mu argumentów. 

***
Ponoć jest dobrze. Ponoć.

wtorek, 29 września 2015

Oto ja, krwawiąca rana cz.II

Śniadanie: szklanka wody, tabletka, papieros. W drodze do pracy, kolejny.
Pierwsza przerwa: papieros. To ty palisz?
Druga przerwa: papieros, kanapka.
Trzecia przerwa: papieros. Po pracy, kolejny.
Obiad: kawałek ryby, pół woreczka ryżu.
Kolacja: papieros.

Śniadanie: szklanka wody, tabletka, papieros.
Pierwsza przerwa: papieros. Cały czas paliłaś czy praca cię zniszczyła? życie
Druga przerwa: papieros, kanapka.
Trzecia przerwa: papieros. Przecież nie palisz.
Obiad: papieros, podwójna porcja makaronu, papieros.
Kolacja: papieros.


***

Jest mi niedobrze, kręci mi się w głowie, w oczach łzy. Schodzę ze schodów, nie zauważam jak się kończą. Nie zauważyłabym jakby nie skończyły się nigdy. Wlepiam wzrok w książkę. Za dużo, za dużo. Idę po schodach, powoli zakładam maskę uśmiechu. Wykręcam się zmęczeniem, niewyspaniem, przespaniem. Burczy mi w brzuchu. Myślę tylko o tym, by zapalić. Śmieszki, heheszki na palarni, plotki, żale, norma, cudowna maska. Męczę się, zdycham, nie mogę wysiedzieć, mam dość. Głupie pytania, klepanie w ramię. Och, zamknij się w końcu, zamknij. Palić, palić, palić. Chociaż niedobrze od dymu, chociaż gardło podrażnione. Palić. Połykam kanapkę, nie wiem kiedy. Skurcz żołądka. Skurcz jelit. Byle do przerwy i znów zapalę. Trzęsę się, ponoć z zimna. Pytania, a co i jak, czy było fajnie i czy mam dużo czasu. Jak cholera, jak cholera. Chcę stąd wyjść jak najszybciej. I cieszę się, że mogę tu być, nie myśleć w potoku słów, które wypadają automatycznie z moich ust. Palić. Plotki, heheszki, ratowanie życia, byle się odciąć, ograniczyć rozmowę do minimum, które i tak będzie dla mnie za duże. Nowe nowości, na które trzeba się przestawić. Jezu, nie dzisiaj, nie mam sił. Zaciskam zęby, zaciskam pięści. Pocę się i czuję, że śmierdzę. Chcę mi się rzygać, jest mi wstyd, chcę zniknąć. Głupio żartuje, znajduję siły na kolejną maskę. Siadam i znikam. Na chwilę. Irytujące telefony w irytujących sprawach, nie mam ochoty. Nie dzwonić. Oddzwaniam. Dzwoni. Oddzwaniam. Dzwoni. Zero porozumienia. I dobrze, myślę, że dobrze. Zaciskam oczy, nie mogę czytać. Zakupy, coś kupić trzeba. Nie mam sił. Biorę gotową kanapkę, nie mam sił. Będzie na jutro. Gotuję byle jak, na odpierdol, byle zapchać żołądek. Mało. Ciągle mało. Jem, zjadam, pochłaniam. Boli mnie brzuch. Głupia, krowo. Nie wiem gdzie jestem i gdzie chcę być. Wszędzie źle. Balkon, komputer, balkon. Telefon z ręki na poduszkę, z poduszki do ręki. Słowa, słowa, słowa. Nie umiem w słowa. Cofam się, uciekam. Boję się. Boję się, że to tylko słowa, gdy tam, nie tu, jest łatwiej. Potem znów wyrosnę, spod ziemi, ja, wielki wyrzut sumienia, z oczami we łzach, lub pustych, może przerażonych, zamkniętych na oścież. Zaleje mnie fala słów, gestów być może, których się boję, bo palą mi skórę nawet na odległość. Bo nie umiem w brzydkie słowo na P. Przed wyciągniętą dłonią, chowam się jak przed ciosem w serce. Trzęsę się, opatulona w szlafrok. Z zimna, emocji, z zimnych emocji. Rzygam na swój widok. Zjadam to wszystko łapczywie. A zdychaj, męcz się, na zawsze, do końca, chciałaś to masz. Chcę, nie chce, chcę, nie mogę, mogę, nie chcę. Nie patrzę nikomu w oczy. Nie patrzę sobie w oczy. Nie mogę oddychać. Zamiast tlenu, dym. Nie mogę oddychać. Boli mnie głowa. Spać, przespać rok, siedem lat, krasnoludy końca świata śnic, bo tu nic, tylko śmierć, usychanie tkanek. Kolejny koniec świata ponoć przeżyłam. Myślę, że nie. Myślę, że ciągle trwa. Choć słońce i księżyc na niebie, jak w moim rysunku, choć ciepło w zimnie, leżę krzyżem naga, naga, naga, bo tylko na to mnie stać. Może też wymyślę sobie faceta. Obwinię go za wszystko. Choć wina skrywa się gdzieś dalej. Zamykam szufladę. Nie lubię sprzątać. Kurz pod dywan. A potem się potykam. Przy okazji łapię się wszystkiego, co jest pod ręką i łamią się serca, hukiem rzucone o podłogę, pękają jak ze szkła. Trzeba posprzątać. Moje leży tam nadal, kaleczę się o milion małych kawałków tego co zostało. Ostre krawędzie wbijają się w mój mózg. Kiedy koniec, kiedy koniec, nie umiem sprzątać. Nie umiem żyć. Nie umiem nic.

niedziela, 27 września 2015

Oto ja, krwawiąca rana

Cześć, to ja, bez żadnej maski. Stoję naga, więc możesz dokładnie zobaczyć moje zgniłe wnętrze. Czuć ten zapach zawsze, tylko nigdy nie wiesz, że to ode mnie. 
To ja, arcysuka. 
Ja, najgorsze co może cię spotkać. Uśmiechasz się na mój widok, chodź, pomyślę jak zniszczyć i twoje życie. To nie może być takie trudne. 

Śpię niespokojnie. Dziwne sny, których nie pamiętam. Wiem, kto mi się śnił. Nie mogło być inaczej. Ze snu wyrywa mnie dźwięk smsa, skuteczniej niż jakikolwiek budzik. Rzucam się na telefon z bijącym sercem. I płaczę. Znów płaczę. Później spoglądam w lustro. Widzę ten wielki wyrzut sumienia z opuchniętymi oczami. Bez rozmazanego makijażu wygląda to może odrobinę mniej żałośnie. Wystające kości, bo przecież trochę schudłam. Włosy w nieładzie. Czuję się jeszcze chudsza, jeszcze niższa. Chcę zniknąć. I może to zrobię, może powinnam. Wrócić z podkulonym ogonem skąd przyszłam. Zgnić tam w swoim smrodzie. Lub zniknąć całkiem. Na zawsze.

Cześć, to ja. Obiecuję, że nigdy mnie nie zapomnisz. Wezmę do ust najlepsze i najgorsze, przeżuję i splunę ci w twarz. 
To ja, człowiek bez serca.
Ja, której miłości trzeba się brzydzić. Ja, którą trzeba nienawidzić. Ciesz się, jeśli mnie nie znasz. Otworzę wszystkie twoje drzwi na oścież, wyrwę serce, ale w tak czuły sposób, że będzie ci się podobać. Dopóki nie zrozumiesz co się stało.

Nie potrafię nic przełknąć. Zmuszam się kolejny raz. Płaczę. Czytam smsy po milion razy. Płaczę nad swoim losem. Nad wszystkimi złamanymi sercami. Płaczę nad tą cudowną osobą, która powinna skręcić mi kark. Zrzucić z balkonu. Połamać wszystkie kości.

Cześć, to ja, chodzące zero, które zburzy twój bezpieczny świat.
To ja, szmata roku.
Ja, która zgnije w piekle już za życia. Ja, która jest ogniskiem, przy którym spalają się naiwne ćmy. Chodź, zatańcz ze mną, pokaże ci czym jest raj. A później ci to zabiorę.

Nie mogę się ruszyć, oddychać. Jest mi zimno. Jest mi gorąco. Słabo. Nie mogę na siebie patrzeć, jak mam pokazać się innym... Zwolnię się i wyjadę. Ucieknę jak tchórz. Na Kubę, a co. Nigdy nie wrócę, bo mnie tam zamordują. Okradną. Zgwałcą. To i tak będzie za mało. Wezmę wypłatę i się zachleję. Będę jeść tabletki i popijać je alkoholem. Umrę jak tchórz, bo nie potrafię znieść rzeczywistości. Rzygam mentalnie do swojego wnętrza. Wdech, wydech. Spokojnie, miarowo. Żyję. Kurwa mać, żyję. Jak dobrze jest żyć. Jak dobrze jest oddychać, mimo zgnilizny w płucach. Żyję. Będę umierać codziennie na nowo, ale żyję. I będę żyć. Muszę. Z tym, co się stało. Co mnie zabija. Co już tyle zabiło.

Cześć, to ja, najpiękniejszy koszmar jaki możesz mieć.
To ja, ironia losu.
Ja, chodząca ambiwalencja. Ja, przeklęta od urodzenia.

Będę żebrać, choć nie powinnam. Będę padać na kolana, choć powinnam zniknąć. Potem wstanę, złamana, obolała, z winą wypisaną na twarzy i może zrozumiem choć jedną rzecz. To nie będzie tego warte. Ale może wtedy znajdzie się jedyny plus tej chorej sytuacji. Proszę, przepraszam, dziękuję. Cienkie jak babie lato, nitki nadziei zaplatają pętle wokół mojej szyi. Przetrwać. Przeczekać. I może... Pracować.


Przede mną najgorszy tydzień w życiu. Przede mną kolejna jesień z pękniętym sercem, z wyrzutami sumienia, z cudzym bólem i rozczarowaniem. Otwierają się kolejne drzwi. Układanka nabiera kształtu. Wszystko teraz, przed listopadem. Wszystko na jesień. I TERAZ, POWIEDZIEĆ SOBIE, TO CO ZAWSZE. NIC NIE DZIEJE SIĘ BEZ PRZYCZYNY. ACH, BANAŁY NAD BANAŁAMI.

(blokuję komentarze, nie chce żadnych wiadomości z pytaniami. i tak nie odpiszę. nie chcę pocieszania, współczucia, atakowania. nie wiem kiedy wrócę. nie napiszę szybko, albo będę pisać codziennie.)

niedziela, 13 września 2015

Kocham kino

-Jakbym wiedziała ile nie byłaś w kinie to byśmy wcześniej poszły! - stwierdziła Frida, gdy powiedziałam ile to już lat minęło.
Szczerze mówiąc, sama się nieco zdziwiłam, że to aż tyle czasu... Nie byłam w kinie wystarczająco długo, żeby zapomnieć jak bardzo to lubię. I pewnie dlatego nie było to dla mnie takie ważne, żeby mówić ile czasu upłynęło i uświadomić sobie, że chcę iść do kina. Idziemy poczytać do parku? Jasne. Chcesz pogłaskać kozy? Pewnie! Może za tydzień pójdziemy do nowego zoo? Oczywiście! Chcesz gdzieś iść? Nie wiem.
Kino nie przyszło mi do głowy nawet raz. Bo przecież praktycznie co wieczór mamy swoje małe kino, gdy rozkładamy się pod kołderką, z ciepłą herbatą w ręce. Gdy wykorzystuję okazję by się wcisnąć pod ramię, bo już powszechnie wiadomo, że straszny tulak ze mnie. A jeśli oglądamy horror to MUSZĘ siedzieć w środku i to już też nikogo nie dziwi. Wygodnie, ciepło, blisko domu. Kto by pomyślał o kinie?
Frida, oczywiście. Gdy miałyśmy mieć wieczór dla siebie, a jakoś chciało się wyjść, bo weekend przecież, aż szkoda marnować czas na kolejny wieczór w domu. Może pójdziemy do kina?

Gdy dotarłyśmy na miejsce, oczarowana klimatem stuletniego kina, zaczęłam wymieniać wszystkie kina studyjne, w których byłam, jak często chodziłam do kina, gdy studiowałam i... jak dawno to było. Ciepły wiatr, owiewał moją twarz, gdy wyszłam zapalić, bo... jakoś tak mi się zachciało. Podekscytowana jak dziecko, które idzie do kina pierwszy raz. I to na film, którego sam tytuł jest dla mnie tak piękny, że się wzruszam na samą myśl. Ale nie o filmie...
Usiadłam w miękkim fotelu, stwierdzając, że miejsca są idealne (dopóki nie usiadł przede mną facet, z podłużną głową, która mi zasłaniała część ekranu). Światła przygasły, zaczęły się reklamy i praktycznie przy każdy trailerze mówiłyśmy, że to może być dobry film i trzeba go obejrzeć. Rozmawiałyśmy szeptem, jak reszta osób, a ja czułam rosnącą ekscytację. Uwielbiam ten moment, gdy jeszcze wszyscy rozmawiają, ale nie za głośno, jeszcze reklamy, jeszcze trochę jasno, ale za chwilę wszystko się zmieni i wszyscy razem, choć każdy z osobna, przeniesiemy się do innego świata.
Światła gasną, a ja uśmiecham się do siebie. Z głośników wydobywa się piękna muzyka. Pierwsza fala kolorów zalewa moje oczy. Wszyscy milkną. Posłuszni wobec kina, tak jak nie byliby w stanie usłuchać żadnego człowieka. Pierwsza scena, muzyka operowa. Kuba. Z Fridą wymieniamy spojrzenia. Moja Kuba. Uśmiecham się jeszcze bardziej. Muzyka przepływa przeze mnie, jakby była częścią mojego ciała. Chłonę każdą nutę, każdy kolor, każde ujęcie. Rozsypane płatki róż, które opadają w zwolnionym tempie. Znów się uśmiecham. A może wcale nie przestałam? Wchodzę w filmowy świat i tylko czasem powstrzymuje się od komentowania tego, co widzę. Bo przecież zawsze tak robimy, wymieniamy się myślami, oglądając coś razem. I znów uśmiechamy się do siebie, gdy na ekranie pojawia się słoń. Bo tak jak jestem tulakiem, tak uwielbiam słonie. Dlatego, gdy później zabijają tego słonia, w oczach pojawiają mi się łzy. I nie mogę się już wcisnąć pod fridowe ramię. Odległość jaka nas dzieli, wydaje mi się nie do pokonania. Zastanawiam się ilu ludzi, którzy byli z nami na sali, zapłakało cicho, ilu z nich otarło łzę. Płaczę drugi raz. Wzdycham, gdy padają słowa "wiesz jak to jest, kochać kogoś ze świadomością, że nigdy go nie dotkniesz?". Wiem, odpowiadam w sobie. Wiem, odpowiada postać z ekranu.
Trochę się wiercę, trochę mi nie wygodnie, trochę się dłuży. Ale patrzę ze smutkiem na napisy końcowe, mrużę zapłakane oczy, gdy zapalają się światła. Już? Niech ta magia trwa jeszcze trochę. Nieważne, że niewygodnie, że chce się spać, a jeszcze długa droga przed nami. Wychodzę, spoglądając raz jeszcze na salę. I już wiem, że na pewno tam wrócę. Ba, wiedziałam to od początku.
Zabieram trochę magii tego kina ze sobą, by pielęgnować to wspomnienie, to uczucie. Zabieram i przelewam na poznańskie ulice i budynki, zachwycając się ich pięknem.

Kolejny raz, gdy wracamy, patrzę z uśmiechem na miasto, które jeszcze tak słabo znam. Patrzę, jak odkrywa przede mną kolejne tajemnice. I znów mówię, że lubię tu mieszkać.

sobota, 12 września 2015

Blame all your life on me

Obwiń mnie za cały syf, który cię spotkał. Wykrzycz to. Powiedz jak ci źle. To darmowe. 
Obwiń mnie za swoje zgorzknienie. Kryzys związku. Niską emeryturę. Kolejne dziecko. 
Obwiń za brak pomocy. Głuche telefony. Oszustów. Choroby. I śmierć.
Obwiń mnie. Nie masz nic lepszego do roboty. Nasraj mi na głowę i obwiń mnie.

Obiecuję, że poczujesz się lepiej, gdy po drugiej stronie usłyszysz tylko ciszę. 
Obwiń mnie. Będzie ci lepiej. Przekieruj swoją złość, swój ból, rozżalenie, rezygnację. Biorę to wszystko na siebie. Zobaczysz, będzie lepiej.
To takie proste. Nie musisz krzyczeć jeśli nie chcesz. Po prostu to powiedz. Nie będzie konsekwencji, obiecuję. Może ja uniosę głos, a wtedy opowiesz wszystko bliskim. Obwinisz mnie. Za ich czyny. Przeniesiesz złość z nich na mnie. To ja będę zła i niedobra i chujawarta. 
Widzisz? Działa, prawda? Jest ci lepiej.


***
Zrób przerwę, by powiedzieć co o mnie myślisz. Przecież tego pragnę. Czekam aż nazwiesz moje życie pustym. Bo tylko twój sposób życia jest tym właściwym. Wszyscy inni to idioci. Powiedz to. Czekam na słowo, może dwa. Pustka. Jałowość. Dodaj, żem młoda i głupia i zmienię zdanie. Powiedz to, dobra chrześcijanko, że lepiej żyć w grzechu niż we dwoje w małżeństwie. Powiedz, że to dziwne, głupie i nienormalne. Wróć do swojej niepoprawnej polszczyzny i naucz mnie myśleć prawidłowo. Doceń to, co masz, patrząc jak ja nie mam nic. Czujesz się lepiej, prawda? Nie dziękuj.
***

Obwiń mnie za swoje niepowodzenia. Złamane serce. Rozczarowanie. Smutek.
Obwiń za to, że pojawiłam się nie w porę. Za zamieszanie. Skrajne emocje.
Obwiń za to, że oddycham, jestem i żyję.

A później podziękuj, że masz kogo obwiniać.
Spójrz na to w ten sposób, zamień złość na wdzięczność. Nie potrafisz tego zrobić, prawda? Malutki, ograniczony człowieku, który nie radzi sobie ze swoim życiem. Obwiń mnie i za to. Co za różnica?

Obwiń za to, że się odzywam. Że ośmielam się komentować. Proszę, obwiń mnie. Czekam na to codziennie. Nie zawodzę się.
Obwiń mnie za swoje gówniane życie.
Obwiń mnie.
Obwiń.