sobota, 17 października 2015
Miłość
niedziela, 11 października 2015
Mój prawdziwy dom
Piątkowy wschód słońca skutecznie odrywal mnie od książki. Nie mogłam napatrzec sie na rozowe chmury. Zastanawiałam sie czy towarzysze podróży, z którymi dziele tramwaj tez tak dogłębnie zachwycają sie tym widokiem. Mimo pięknego rozpoczęcia, mimo perspektywy weekendu, ten dzień nie był najlepszy. Na powiekach, pod oslona snu, miałam jeszcze resztki czwartkowych łez. Gdy znów przygniotly mnie emocje, wyrzuty sumienia, tesknota i samotność. W pracy z uśmiechem mówiłam, ze jadę do domu, chociaż wcale mi sie nie chciało. Przeczucie, cokolwiek, ale miałam ochotę zostać w Poznaniu. Jednak, skoro powiedziałam, ze będę, to będę.
Niekonczaca sie kolejka do kas i panika, że nie zdążę na pociąg. Ludzie, którzy spieszyli sie jak ja, a jednak przepuszczali innych.
-Przepraszam, bardzo sie spieszysz? Za ile masz pociąg?
-No za 10 minut.
-Ja za dwie, puscilabys mnie, bo nie zdążę?
-No dobrze...
-Dziękuję bardzo! Naprawdę, dzięki!
Biegiem na pociąg i jestem. W nagrodę cudowny zachód. Patrzyłam z uśmiechem na pomarańczowe niebo. Na chowajace sie za horyzontem słońce, ku któremu zmierzalam. Przywitalam i pożegnałam dzień.
Kilka uprzejmosci wymienionych w przedziale pociągu, którym wcześniej jechała ponoć sama pani Premier. Troska o obcą osobę - ma pani transport? Uśmiech na ustach, uśmiech w środku. W dłoni sciskam kasztana, którego nosze w kieszeni kurtki. Kolejny uśmiech.
Uśmiech, który przysłoniły łzy jeszcze zanim dotarłam do domu. Rozczarowanie, male ukłucie w sercu, które towarzyszyły przez cały weekend. Trzeba było nie przyjeżdżać...
Patrzę na najbardziej znany mi obraz, na rodzinna miejscowość, wyjęta jak z książki. Dwa, sklepy, kościół, szkoła, mały zakład fryzjerski dwa kroki od mojego domu. Cztery bloki. Domy, podworka, piękne drzewa. Gdzieś dalej piękne konie. Boisko. Mały dworek. Wszystko wydało się obce. Nie moje. Już tu nie należę, pewnie nigdy nie nalezalam. Ja, wychowana na wsi, która od dziecka marzyła o mieście. Z dusza rozdarta na pól, bo kocha otwarte przestrzenie, otaczające wieś lasy, tysiące gwiazd, których nie przyslaniaja sztuczne światła, niebo, które nie chowa sie za wielkościa betonowych budynków. Z dusza rozdarta na pól, bo czuje wibracje tętnicego życiem miasta, jego radość, możlwosci.
Wchodze do jednego z bloków. Patrzę na brzydka klatkę schodowa, z której odpada farba olejna w najbrzydszym odcieniu zieleni, który wydaje sie być zbyt intensywny po miejskiej szarości. Pytam mamy czy zawsze taki był. Potwierdza. W drzwiach wita mnie mój spasiony kot, który nawet nie cieszy sie na mój widok, tylko domaga sie jedzenia. Wchodze do łazienki, a tam, jak miesiąc temu uderzają mnie delikatne wzorki płytek (czy tam kafelków, tylko W. zna różnicę). Nigdy nie zwracalam na to uwagi. Nawet gdy nie było mnie w domu przez 1,5 miesiąca. Moje zmysły sie wyostrzyly? Czy oczy przyzwycaily sie do większej łazienki z gladkimi plytkami? Mój pokój wygląda obco. Nie ma najważniejszych dla mnie rzeczy, choć na ścianach wiszą wspomnienia, choć na polkach zostało jeszcze wiele książek. Patrzę na nie remontowane od lat mieszkanie i widzę jak sypie sie w oczach. Ale to mój dom. Splątany w chaosie jak nasze życie rodzinne.
W środku nocy, laskotaniem w stope, budzi mnie brat. Parę dni temu wrócił na stale do Polski, po kilku latach spędzonych w obcym kraju. W kraju, w którym nic go nie trzyma, bo zostawiła go dziewczyna, wyrzucili go z pracy. Opowiada mi o tym wszystkim, gdy tak cholernie chce mi sie spać. Śmieje sie, ze robi jak w dzieciństwie. Zawsze, gdy nie mogl zasnąć, opowiadał mi różne historie po czym zasypiał, a ja leżałam rozbudzona. Myslalam jak bardzo sie roznimy. Rodzina nic nie wie o moim życiu osobistym, on potrafi opowiedzieć wszystko. Nie maja pojęcia, ze nie tylko jego życie sie ostatnio zawalilo. Nie wiedza nic. Zawalilo, ale na chwile. Chociaż miałam wizje, że będę musiała tu wrócić jak on. Na szczęście, nie muszę. Odetchnelam z ulga i poczułam, ze teraz już naprawdę będzie lepiej. Będzie dobrze.
Jestem. Czas odwiedzin. Ciotka, u której przywital mnie mały, przeslodki psiak. Ledwo udało mi sie zrobić mu jakieś zdjęcie, bo ciągle biegal, skakał, gryzl moje włosy lub próbował polizać twarz. Ujarzmilam go na chwile glaskaniem po brzuszku. Mały Fuks.
-Fuks? Po tamtym?
-Tak. Po tamtym.
Ciotka miała już psa, który wabil sie Fuks. Rudy kundelek, przybłęda. Kochany psiak. Wszyscy go uwielbiali. A on najbardziej upodobal sobie niepelnosprawna córkę kuzynki. Mała nie przepadala za zwierzakami, nie lubi dotyku ich sierści. Ale Fuks był wyjątkowy. Wiernie chodzil przy wozku, znosil przypadkowe kopniaki i zawsze opieral sie przednimi lapkami o kolana Małej. Aż w końcu przyzwyczaiła sie do dotyku jego sierści. Fuks lubi tez tańczyć, bo wiedział, ze to rozsmiesza Mała. A ta, niby nie rozumiejaca za dużo, zauważyła ze Fuks przychodzi, gdy ktoś klepie się w udo. Zauważyła, że przychodzi do niej, gdy powtarza ten gest. Fuks zmienił wszystko, bo od tamtej pory Mała wola tak nawet ludzi, bo mówić nie potrafi. I chodź już, według prawa jest dorosła, wszyscy pamiętają, ze ten przełom nastal dzięki Fuksowi.
Odwiedzić tez musiałam malutkie kotki kuzynki, ale ta historia powinna chyba pojawić sie w Kocich Opowiesciach, których już dawno nie było.
Krótki spacer po okolicy. Szlam zmęczona, znudzona. Chciałabym już być w Poznaniu. Chce mi się do domu.
Tak. Teraz to w Poznaniu jest mój dom. Moja rodzina, z którą przezwycięża się problemy łatwiej niż z ta prawdziwa. Bo nikt nie robi tego z musu, bo wypada, bo wiezy krwi. Jesteśmy rodziną z wyboru, choć w dużej mierze z przypadku. Ale ten najważniejszy, wybór serca, nalezal do nas. I wybieramy codziennie. I ja wybieram. Bo, jak przypuszczałam, spojrzenie na wszystko z innej perspektywy mi pomoże. I widzę ludzi, z którymi w większości muszę żyć w zgodzie, którzy ranią i nie łagodzą zadanych ran, gdy o niczym nie mowie, bo zaraz wrócę do siebie, wiec nie warto. Po drugiej stronie widzę ludzi, z którymi chcę żyć, którzy ranią i których ja ranie, ale razem rozwiazujemy problemy i zamiast wpychać się w doly, wyciągamy sie z nich, mniej lub bardziej udolnie.
I nie mogę doczekać się poniedziałkowego wieczoru, gdy znów ich zobaczę. Gdy spojrzę w najpiękniejsze oczy kobiety o elastycznym sercu. Choć twierdzi, że nie są ładne, myślę że każdy kto w nie spojrzy przyzna mi racje. Bo do dziś pamiętam ich szarawy odcień, gdy blyszczac patrzyły na mnie przy pierwszym spotkaniu. Pamiętam głęboki blekit pewnego letniego poranka. Pamiętam rozszerzone zrenice, z których płynie miłość, gdy na mnie patrzy.
Nie mogę sie doczekać aż znów poczuje jej ciepło. Ciepło, które ogrzewalo mnie pierwszej nocy spedzonej razem. Ciepło, które nie jest tylko ciepłem fizycznym, ale takim, które płynie prosto z serca. Które przelewane jest na ciepło posiłków, którymi mnie karmi.
Nie mogę sie doczekać powrotu do rodziny, do domu. Do ludzi, których kocham, choć ta miłość nieraz jest trudna i bolesna.
Pierwszy post pisany na telefonie, bo nie wzielam ze sobą laptopa. Także proszę o wybaczenie wszystkich błędów.
wtorek, 6 października 2015
Oto ja, krwawiąca rana cz.III
-Coś ty, i tak nie zdążę!
-A jednak. -powiedziała po chwili, gdy jakimś cudem zdążyłam.
-Chyba naprawdę nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych! -odpowiedziałam ze śmiechem, wsiadając do tramwaju.
A jakoś i tak w to nie wierzę. Nigdy nie wierzyłam, że jestem w stanie osiągnąć wszystko, co sobie wcześniej założę. Zawsze inni wierzyli we mnie bardziej niż ja sama. Ja, która na komplementy reaguję przesadną skromnością lub z głupim śmiechem rzuca przecież jestem zajebista! Zero wypośrodkowania. Zero. Ale jakimś cudem jestem tu i teraz, w Poznaniu. Jestem.
Jestem. I co?
wtorek, 29 września 2015
Oto ja, krwawiąca rana cz.II
Pierwsza przerwa: papieros. To ty palisz?
Druga przerwa: papieros, kanapka.
Trzecia przerwa: papieros. Po pracy, kolejny.
Obiad: kawałek ryby, pół woreczka ryżu.
Kolacja: papieros.
Śniadanie: szklanka wody, tabletka, papieros.
Pierwsza przerwa: papieros. Cały czas paliłaś czy praca cię zniszczyła?
Druga przerwa: papieros, kanapka.
Trzecia przerwa: papieros. Przecież nie palisz.
Obiad: papieros, podwójna porcja makaronu, papieros.
Kolacja: papieros.
niedziela, 27 września 2015
Oto ja, krwawiąca rana
To ja, arcysuka.
Ja, najgorsze co może cię spotkać. Uśmiechasz się na mój widok, chodź, pomyślę jak zniszczyć i twoje życie. To nie może być takie trudne.
Śpię niespokojnie. Dziwne sny, których nie pamiętam. Wiem, kto mi się śnił. Nie mogło być inaczej. Ze snu wyrywa mnie dźwięk smsa, skuteczniej niż jakikolwiek budzik. Rzucam się na telefon z bijącym sercem. I płaczę. Znów płaczę. Później spoglądam w lustro. Widzę ten wielki wyrzut sumienia z opuchniętymi oczami. Bez rozmazanego makijażu wygląda to może odrobinę mniej żałośnie. Wystające kości, bo przecież trochę schudłam. Włosy w nieładzie. Czuję się jeszcze chudsza, jeszcze niższa. Chcę zniknąć. I może to zrobię, może powinnam. Wrócić z podkulonym ogonem skąd przyszłam. Zgnić tam w swoim smrodzie. Lub zniknąć całkiem. Na zawsze.
Cześć, to ja. Obiecuję, że nigdy mnie nie zapomnisz. Wezmę do ust najlepsze i najgorsze, przeżuję i splunę ci w twarz.
To ja, człowiek bez serca.
Ja, której miłości trzeba się brzydzić. Ja, którą trzeba nienawidzić. Ciesz się, jeśli mnie nie znasz. Otworzę wszystkie twoje drzwi na oścież, wyrwę serce, ale w tak czuły sposób, że będzie ci się podobać. Dopóki nie zrozumiesz co się stało.
Nie potrafię nic przełknąć. Zmuszam się kolejny raz. Płaczę. Czytam smsy po milion razy. Płaczę nad swoim losem. Nad wszystkimi złamanymi sercami. Płaczę nad tą cudowną osobą, która powinna skręcić mi kark. Zrzucić z balkonu. Połamać wszystkie kości.
Cześć, to ja, chodzące zero, które zburzy twój bezpieczny świat.
To ja, szmata roku.
Ja, która zgnije w piekle już za życia. Ja, która jest ogniskiem, przy którym spalają się naiwne ćmy. Chodź, zatańcz ze mną, pokaże ci czym jest raj. A później ci to zabiorę.
Nie mogę się ruszyć, oddychać. Jest mi zimno. Jest mi gorąco. Słabo. Nie mogę na siebie patrzeć, jak mam pokazać się innym... Zwolnię się i wyjadę. Ucieknę jak tchórz. Na Kubę, a co. Nigdy nie wrócę, bo mnie tam zamordują. Okradną. Zgwałcą. To i tak będzie za mało. Wezmę wypłatę i się zachleję. Będę jeść tabletki i popijać je alkoholem. Umrę jak tchórz, bo nie potrafię znieść rzeczywistości. Rzygam mentalnie do swojego wnętrza. Wdech, wydech. Spokojnie, miarowo. Żyję. Kurwa mać, żyję. Jak dobrze jest żyć. Jak dobrze jest oddychać, mimo zgnilizny w płucach. Żyję. Będę umierać codziennie na nowo, ale żyję. I będę żyć. Muszę. Z tym, co się stało. Co mnie zabija. Co już tyle zabiło.
Cześć, to ja, najpiękniejszy koszmar jaki możesz mieć.
To ja, ironia losu.
Ja, chodząca ambiwalencja. Ja, przeklęta od urodzenia.
Będę żebrać, choć nie powinnam. Będę padać na kolana, choć powinnam zniknąć. Potem wstanę, złamana, obolała, z winą wypisaną na twarzy i może zrozumiem choć jedną rzecz. To nie będzie tego warte. Ale może wtedy znajdzie się jedyny plus tej chorej sytuacji. Proszę, przepraszam, dziękuję. Cienkie jak babie lato, nitki nadziei zaplatają pętle wokół mojej szyi. Przetrwać. Przeczekać. I może... Pracować.
Przede mną najgorszy tydzień w życiu. Przede mną kolejna jesień z pękniętym sercem, z wyrzutami sumienia, z cudzym bólem i rozczarowaniem. Otwierają się kolejne drzwi. Układanka nabiera kształtu. Wszystko teraz, przed listopadem. Wszystko na jesień. I TERAZ, POWIEDZIEĆ SOBIE, TO CO ZAWSZE. NIC NIE DZIEJE SIĘ BEZ PRZYCZYNY. ACH, BANAŁY NAD BANAŁAMI.
(blokuję komentarze, nie chce żadnych wiadomości z pytaniami. i tak nie odpiszę. nie chcę pocieszania, współczucia, atakowania. nie wiem kiedy wrócę. nie napiszę szybko, albo będę pisać codziennie.)
niedziela, 13 września 2015
Kocham kino
Szczerze mówiąc, sama się nieco zdziwiłam, że to aż tyle czasu... Nie byłam w kinie wystarczająco długo, żeby zapomnieć jak bardzo to lubię. I pewnie dlatego nie było to dla mnie takie ważne, żeby mówić ile czasu upłynęło i uświadomić sobie, że chcę iść do kina. Idziemy poczytać do parku? Jasne. Chcesz pogłaskać kozy? Pewnie! Może za tydzień pójdziemy do nowego zoo? Oczywiście! Chcesz gdzieś iść? Nie wiem.
Kino nie przyszło mi do głowy nawet raz. Bo przecież praktycznie co wieczór mamy swoje małe kino, gdy rozkładamy się pod kołderką, z ciepłą herbatą w ręce. Gdy wykorzystuję okazję by się wcisnąć pod ramię, bo już powszechnie wiadomo, że straszny tulak ze mnie. A jeśli oglądamy horror to MUSZĘ siedzieć w środku i to już też nikogo nie dziwi. Wygodnie, ciepło, blisko domu. Kto by pomyślał o kinie?
Frida, oczywiście. Gdy miałyśmy mieć wieczór dla siebie, a jakoś chciało się wyjść, bo weekend przecież, aż szkoda marnować czas na kolejny wieczór w domu. Może pójdziemy do kina?
Gdy dotarłyśmy na miejsce, oczarowana klimatem stuletniego kina, zaczęłam wymieniać wszystkie kina studyjne, w których byłam, jak często chodziłam do kina, gdy studiowałam i... jak dawno to było. Ciepły wiatr, owiewał moją twarz, gdy wyszłam zapalić, bo... jakoś tak mi się zachciało. Podekscytowana jak dziecko, które idzie do kina pierwszy raz. I to na film, którego sam tytuł jest dla mnie tak piękny, że się wzruszam na samą myśl. Ale nie o filmie...
Usiadłam w miękkim fotelu, stwierdzając, że miejsca są idealne (dopóki nie usiadł przede mną facet, z podłużną głową, która mi zasłaniała część ekranu). Światła przygasły, zaczęły się reklamy i praktycznie przy każdy trailerze mówiłyśmy, że to może być dobry film i trzeba go obejrzeć. Rozmawiałyśmy szeptem, jak reszta osób, a ja czułam rosnącą ekscytację. Uwielbiam ten moment, gdy jeszcze wszyscy rozmawiają, ale nie za głośno, jeszcze reklamy, jeszcze trochę jasno, ale za chwilę wszystko się zmieni i wszyscy razem, choć każdy z osobna, przeniesiemy się do innego świata.
Światła gasną, a ja uśmiecham się do siebie. Z głośników wydobywa się piękna muzyka. Pierwsza fala kolorów zalewa moje oczy. Wszyscy milkną. Posłuszni wobec kina, tak jak nie byliby w stanie usłuchać żadnego człowieka. Pierwsza scena, muzyka operowa. Kuba. Z Fridą wymieniamy spojrzenia. Moja Kuba. Uśmiecham się jeszcze bardziej. Muzyka przepływa przeze mnie, jakby była częścią mojego ciała. Chłonę każdą nutę, każdy kolor, każde ujęcie. Rozsypane płatki róż, które opadają w zwolnionym tempie. Znów się uśmiecham. A może wcale nie przestałam? Wchodzę w filmowy świat i tylko czasem powstrzymuje się od komentowania tego, co widzę. Bo przecież zawsze tak robimy, wymieniamy się myślami, oglądając coś razem. I znów uśmiechamy się do siebie, gdy na ekranie pojawia się słoń. Bo tak jak jestem tulakiem, tak uwielbiam słonie. Dlatego, gdy później zabijają tego słonia, w oczach pojawiają mi się łzy. I nie mogę się już wcisnąć pod fridowe ramię. Odległość jaka nas dzieli, wydaje mi się nie do pokonania. Zastanawiam się ilu ludzi, którzy byli z nami na sali, zapłakało cicho, ilu z nich otarło łzę. Płaczę drugi raz. Wzdycham, gdy padają słowa "wiesz jak to jest, kochać kogoś ze świadomością, że nigdy go nie dotkniesz?". Wiem, odpowiadam w sobie. Wiem, odpowiada postać z ekranu.
Trochę się wiercę, trochę mi nie wygodnie, trochę się dłuży. Ale patrzę ze smutkiem na napisy końcowe, mrużę zapłakane oczy, gdy zapalają się światła. Już? Niech ta magia trwa jeszcze trochę. Nieważne, że niewygodnie, że chce się spać, a jeszcze długa droga przed nami. Wychodzę, spoglądając raz jeszcze na salę. I już wiem, że na pewno tam wrócę. Ba, wiedziałam to od początku.
Zabieram trochę magii tego kina ze sobą, by pielęgnować to wspomnienie, to uczucie. Zabieram i przelewam na poznańskie ulice i budynki, zachwycając się ich pięknem.
Kolejny raz, gdy wracamy, patrzę z uśmiechem na miasto, które jeszcze tak słabo znam. Patrzę, jak odkrywa przede mną kolejne tajemnice. I znów mówię, że lubię tu mieszkać.
sobota, 12 września 2015
Blame all your life on me
Obwiń mnie za swoje zgorzknienie. Kryzys związku. Niską emeryturę. Kolejne dziecko.
Obwiń za brak pomocy. Głuche telefony. Oszustów. Choroby. I śmierć.
Obwiń mnie. Nie masz nic lepszego do roboty. Nasraj mi na głowę i obwiń mnie.
Obiecuję, że poczujesz się lepiej, gdy po drugiej stronie usłyszysz tylko ciszę.
Obwiń mnie. Będzie ci lepiej. Przekieruj swoją złość, swój ból, rozżalenie, rezygnację. Biorę to wszystko na siebie. Zobaczysz, będzie lepiej.
To takie proste. Nie musisz krzyczeć jeśli nie chcesz. Po prostu to powiedz. Nie będzie konsekwencji, obiecuję. Może ja uniosę głos, a wtedy opowiesz wszystko bliskim. Obwinisz mnie. Za ich czyny. Przeniesiesz złość z nich na mnie. To ja będę zła i niedobra i chujawarta.
Widzisz? Działa, prawda? Jest ci lepiej.